poniedziałek, 27 października 2008

Pot Medley

I'd ratha be ya N-I-G-G-A so we can get drunk and smoke weed all day Tobie potrzebny lekarz! Raczej hajs na kilogram Dwa pięć za gram, bo mało tego mam Nie takie tanie jest to bakanie Kto chce niech bierze a kto nie – niech odmawia Miałem do wyboru i wybrałem Całą swoją dyplomację powierzyłem bluntom It’s not a joke, just holy smoke, all of this war would not have been invoked If everybody smoked a blunt, relieve the mind, the world could be a better place Mysle ze gra ta jest swieczki warta Grasz w zielone? gram! Hej kotku mam tu jointa czy mozesz podac mi ogien? I only got high twice a day it helps to keep my blues away To prywatna sprawa Just put some piece into chalice and nothing’s good gonna be missed Ruchy dwa – buchy dwa Ty po takiej ilosci pewnie widzialbys ufo Jak fotony rozchodzące się na cztery świata strony Naturalna wibracja nie zabija At the speed of cheeba you and I go deeper Last thing I remember, I was Running for the door Ale znowu się zakałapućkałem Jeden joint z pieciu torebek Ale się zmachalem I Mogę se całe gadanie wsadzić w D Panika zanika Koi mnie jak ciepło szalika And I was thinking to myself, this could be heaven or this could be hell

Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie...

Przy okazji „wielkich derby” Polski - Legia Warszawa - Wisła Kraków 2:1 - kilka refleksji mnie naszło.

Mecz był niezły. Szkoda, że mamy takie góra dwa-trzy w rundzie.

Szkoda, że nadal cieszy każde porządnie wykonane ćwiczenie z piłkarskiego elementarza: proste kopnięcie piłki, celne podanie z pierwszej piłki i w ogóle gra z pierwszej piłki, celne dośrodkowanie itp.

Git malina, że w Legii grają młodzi: Rybus (19 lat), Rzeźniczak (22), Wawrzyniak (25) – choć tego ostatniego wrzucam do kategorii „młody” nieco na siłę, żeby dopełnić triadę. Tutaj trenerowi Urbanowi należy się duży respekt za konsekwentną pracę i stawianie na najlepszych, bez oglądania ich metryk.

Wiślacka zbieranina byłych i obecnych reprezentantów Polski potwierdziła w tym meczu, że czasy świetności ma za sobą. To bardzo subiektywne odczucie, ale dla mnie Niedzielan, Sobolewski, Zieńczuk czy Baszczyński nie grali tak, jakby zależało im na telefonie od Beenhakkera. Niedzielan niby miał sytuacje, Zieńczuk próbował szarpać, Sobolek harował jak zawsze, a Baszczu starał się zasuwać od pola karnego do pola karnego, ale... „Wtorek” gola nie strzelił, Zieńczukowi szło na tyle słabo, że Skorża wysłał go pod prysznic już w przerwie, Sobol miał szczęście, że nie zarobił kartki za kilka niezbyt rozsądnych wejść i przepychankę z Iwańskim, a drugi gol dla Legii padł po tym, jak Baszczu odbił się od Kuby Wawrzyniaka jak piłka od ściany, nie potrafiąc zapobiec podaniu do Grzelaka. Tja, od wiodących postaci w lidze można wymagać więcej.

Obecność Janusza W. w loży honorowej... to dla niego druga „honorowa”, po Galerii Ludzi Honoru na tymże blogu, miejscówka w tym tygodniu. Wiem – jest niewinny dopóki go nie skazali. Niesmak pozostaje.

Jest pełen stadion, wielki – nawet jeśli tylko na lokalną skalę – mecz, Twoja „ukochana” wygrywa... I co? W porównaniu do tego, co było jeszcze kilka lat temu – cisza i żenua. Trzeba mieć naprawdę poryty dekiel, żeby w takiej sytuacji nie dopingować własnej ekipy. Relacje kibiców, którzy wychodzili ze stadionu z dziećmi, żeby nie narażać ich na wysłuchiwanie prostacko chamskich śpiewów o sponsorze własnej drużyny tylko potwierdzają smutną opinię, że słynny legijny doping to na razie pieśń przeszłości. Coraz mniej dziwię się ludziom, którzy wolą chodzić na Polonię. Nie wierzę, że tam nie lecą „kurwy” i wszystkie próby idealizacji życia na trybunach przy Konwiktorskiej budzą mój serdeczny śmiech, ale niestety – tam jest teraz lepszy doping.

I generalnie, niby w polskiej piłce nie jest tak źle, no weź pan przecież pierwszy z brzegu kraj:

Włoska piłka była (jest?) o wiele bardziej opleciona mackami ośmiornicy. Tam ustawianiem meczów zajmowała się Mafia przez wielkie „M”, porównywanie jej siły rażenia i organizacji do naszych zaściankowych, zapyziałych „bossów” w rodzaju „Fryzjera” czy „Wójta”, to tak jak zestawiać obok siebie polityczne wizje Martina Luthera Kinga i Andrzeja Leppera czy bon-moty posła Cymańskiego i aforyzmy Oscara Wilde’a.

W Hiszpanii i Włoszech poważnym problemem bywają rasistowskie wybryki debili na trybunach. Lecą banany, echem niosą się przyśpiewki o naszych człekokształtnych kuzynach.

Holenderskie ustawki – np. chuliganów z szalikami Feyenoordu z chuliganami pod flagami Ajaxu – bywają naprawdę krwawe, a sprzętem konfiskowanym przez policję można by obdzielić niejedną masarnię, szwadron drwali czy kilka zespołów baseballowych.

Tylko co z tego? Równanie do najgorszych zostawmy bandzie stadionowych debili, niezadowolonych z tego, że prywatna firma nie dość, że wykłada sporą kasę na ich rzekomo „ukochany” klub, to jeszcze skutecznie lobbuje we władzach miasta na rzecz budowy nowego stadionu (pomijam tu kwestię, czy miasto powinno ten stadion stawiać za w końcu także moje pieniądze, bo ja płacę, pan płaci, społeczeństwo płaci – chodzi o samą skuteczność właścicieli Legii). Powoływanie się na przykład włoski, z którego często korzystają ci, którzy chcą chcą nas przekonać, że wielki smród szamba polskiej korupcji to w rzeczywistości ledwo psujący powietrze bączek niemowlaczka, też jest bez sensu, nie tylko ze względu na przepaść pomiędzy naszą kopaną a włoskim calcio. W dużym skrócie - tam klasą wykazali się tam działacze, którzy sami postanowili oczyścić bagno (nie mam złudzeń, że sporą motywacją było dla nich ocalenie własnych stołków i tego, co na tych stołkach zasiada) i wystąpili o ustanowienie kuratora. W porozumieniu z UEFA i FIFA.

Pozostaje tylko zanucić: Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie...

czwartek, 23 października 2008

Do prostego człowieka

Tekst to wiersz Juliana Tuwima, sprzed wojny jeszcze. Tak mówił o nim, wierszu, autor, bo jak zwykle posądzano go o brak patriotyzmu i itp. dyżurne endecko-prawicowe straszaki:
W wierszu moim zwracałem się wyraźnie do wszystkich narodów, aby w chwili decydującej przeciwstawiły się wojnie zaborczej, którą – jako człowiek uczciwy i rozsądny – uważam za zbrodnię. Absurdem jest przypuszczać, że nie odczuwam czci dla bohaterstwa w obronie niepodległości kraju.



Przestarzale? Akurat!

środa, 22 października 2008

Galeria Ludzi Honoru

z pamięci piszę, więc wszystkich pominiętych serdecznie przepraszam. Na pociechę powiem, że wraz z odświeżaniem pamięci będę uzupełniał listę - więc drodzy Ludzie Honoru, w tej chwili pominięci, nic straconego...
(in no particular order)

Dariusz Wdowczyk
Janusz Wójcik
Andrzej Woźniak
Wit Żelazko
Jerzy Engel jr.
Andrzej Blacha
Wojciech Szymański
Antoni Fijarczyk
Mariusz Ujek

wtorek, 21 października 2008

Rozmowy z Ludźmi bez Imion – 2

- Cześć, co to będzie za demonstracja? Gdzie?
- Już się skończyła, teraz tylko odnosimy transparent do szkoły.
- A przeciwko czemu lub za czym była?
- Za czym. Propagowała profilaktykę raka piersi.
- Szczytny cel.
- Dziękujemy.

niedziela, 19 października 2008

SOS - Some Old Stuff - 2: Dziewczyny wolę latem

Dziewczyny wolę latem. Nie dlatego, że jestem zboczony, chociaż, nie ukrywam, jak każdy mam małe ciemne sekrety na sumieniu – chodzi o ubiór. Latem jest go mniej, co do tego chyba wszyscy się zgadzają. Mniej ubioru, szybsze bicie serca, przyjemniejsze wrażenia estetyczne oraz, to argument dla asekurantów, od razu widzimy na czym stoimy, a raczej na czego widok nam stoi. Trudno pod bikini, spódniczką, sukieneczką czy kusą bluzeczką ukryć wady. O ileż za to łatwiej wyeksponować zalety!
Mamy grudzień, mimo, że ciepły nad wyraz podobno, to wciąż ohydny, szary i przygnębiający. Kilka stopni powyżej zera nie załatwia wszystkiego. Dziewczęta przystosowują się do aury, często wręcz pogarszając mój nastrój. Nie wierze już w ich nieświadomość. Z całą stanowczością twierdzę, że tkwią w grzechu świadomie. Z premedytacją zakładają grube palta i pikowane kurtki, nogi chroniąc w grubych rajtuzach i pod długimi, workowatymi spódnicami. Całe szczęście, że wśród tej zbrodniczej tłuszczy zdarzają się osoby nie pozbawione ludzkich uczuć. Jedną z nich była dziewczyna z autobusu, którym jechałem pewnego listopadowego wieczora na stałe miejsce spotkań z Rodziną. Chłód dawał się już całkiem we znaki, dziewczyna, nazwijmy ją Agrafka*, miała nawet rękawiczki. Ale nie widok tych pospolitych czarnych włóczkowych rękawiczek rozgrzewał moje zmysły. Agrafka miała na sobie czarne obcisłe dżinsy, lekko rozszerzane u dołu. Czarne martensy dopełniały stroju jej kończyn dolnych. Na górze miła tylko obcisły sweterek wrzosowego koloru, nie na tyle cienki, żeby dostrzec przez niego zarys stanika, ale na pewno nie stanowiący wystarczającej ochrony przed chłodem. Musi być je chłodno, myślałem, ale byłem jej jednocześnie niesamowicie wdzięczny, za to, że poświęcając się i ryzykując zapalenie płuc, spowodowała, że przez piętnaście minut wspólnej podróży zapomniałem o zimnie i wciskającym się przez nieszczelne drzwi autobusu wietrze.

*Agrafka, bo na całej długości lewej nogawki miała wpięte na szwie wielkie błyszczące agrafki.
23. kwietnia 2001

SOS - Some Old Stuff - 1: Rzeczywistość

Nie poszedłem dzisiaj do X. Zaskakujący obrót sprawy. Cóż, co robić. Chodziłem w te i we wte, jak mówiły nasze prababki. Szukałem swojego miejsca na ziemi, przynajmniej na ten wieczór tak ciekawie się wcześniej zapowiadający. Przechodziłem ulicą Wielkiego Poety, który był nim, bo dobre wiersze pisał. Skręciłem w małą przecznicę, już wieki minęły od czasu, kiedy odwiedzałem Y. Wszedłem przez wąskie drzwi. Powitał mnie jak zwykle dym, leniwie płynący w półmroku – dym płynie dokąd chce i nie obchodzą mnie żadne wyjaśnienia opierające się na prawach fizyki, czasami mam wrażenie, że przepływa przez ściany, okna, drzwi... Tak jak płuca wypełniał mi dym, a oczy półmrok, uszy zaludniały gwar i dobra muzyka. Nie pytajcie jaka, co do wszystkiego, co dotyczy wydarzeń tego wieczora i nocy, oraz następujących po nich kilku dni, obowiązuje mnie ścisła dyskrecja. Tradycyjnie nie było wolnych miejsc. Przecisnąłem się przez obcą mi, jeszcze, ciżbę do baru, znajdującego się... o znów bym się wygadał. Muszę jeszcze pamiętać, żeby skreślić opis drzwi. Zamówiłem strzała i piwo – zestaw dnia, tego i jeszcze wielu innych dni, przeszłych i tych co dopiero miały nadejść. Rozmyślając nad kondycją rodzaju ludzkiego w wiekach średnich, odnoszoną do obecnej sytuacji geopolitycznej, nie zaprzestawałem obserwacji lokalu. Niewiele się tu zmieniło na przestrzeni lat, byłbym gotów przysięgać na następną kolejkę, że od mojej tu pierwszej wizyty, nie zmieniło się nic. Piwo było lepsze, fakt, drinki robione z prawdziwych składników, ale to była ingerencja zewnętrznych sił, umożliwiająca picie śrubokrętów z prawdziwego soku, a nie rozcieńczonego syropu o zapomnianej dziś nazwie. Oszukiwałbym jednak jak Staszek Burczymucha, gdybym powiedział, że interesowałem się wyłącznie wystrojem wnętrza. Moje ślepia szukały kontaktu. Kontaktu, który pozwoliłby mi zakończyć, przynajmniej na jakiś czas, moją, dziwną jak na tę porę roku udrękę. Powoli przesuwałem wzrokiem po stolikach i ławeczkach, krzesłach, żaden zakamarek nie mógł ukryć się przed moim wzrokiem. Piwo kończyło się, echo wystrzału dawno już przebrzmiało. Nareszcie. I to gdzie, chociaż może skupmy się na tym, obok kogo. Przeraziłem się trochę. Myślałem, czyby nie poprawić, z drugiej rurki można oddać jeszcze jeden strzał. Nie, chociaż może... Nie, bo zaraz ktoś spostrzeże moje odkrycie. Z gracją Ronaldo, zanim jeszcze słychać było o nim, a nie trzask jego kolan, przemknąłem się do stolika. Było to moje ulubione miejsce, zwłaszcza,, gdy byłem tu sam.
- Czy można? – Spytałem.
- Tak, oczywiście. – Miała dziwny głos. Nadużywam tego epitetu, ale naprawdę nie wiem jak go opisać. Miała zielone oczy, zauważyłem, choć zazwyczaj tego nie dostrzegam. W podstawówce jednym z powodów, dla którego opuściła mnie podwórkowa piękność, było to, że nie pamiętałem, jaki ma kolor oczu. Kij jej w ryj. Opis dokończę później. Dialog wstępował dopiero w początkową fazę. Nie wiedziałem co powiedzieć, wiec jak zwykle w takich sytuacjach wyplułem z siebie kilka słów:
- Nie będę owijał w bawełnę, bardzo mi się podobasz, mam na imię Jurek, a Ty?
- Ja nie. Ale możesz mi postawić drinka.
- Z przyjemnością. – Byłem potulny jak baranek, poszybowałem niemalże do baru zamówiłem margaritę. Nie wiedziałem, czego chciała się napić, ale wiedziałem, że margerity pije się w filmach.
- Proszę bardzo. – Wyglądała na zadowoloną. – Dziękuję, Jurku. – O nie, znowu wołacz. Mam awersję do ludzi, którzy non-stop używają prawidłowych form gramatycznych, nie przeklinają, uważają piwo za alkohol i nie rozumieją, co to jest spalony.
- Mam na imię Kasandra.
- Ładne imię.
- A wiesz kto to był?
- Obiło mi się o uszy. To narzeczona Asterixa z komiksu? Brzmi jakoś tak starożytnie.
- Zabawny jesteś, może nie powinnam pytać...
- Każdego o to pytasz na pierwszej randce?
- A to ma być randka?! – Zatrzepotała rzęsami, ale się nie zakrztusiła. – To kto nas umówił? Jakaś randka w bardzo ciemno.
- Przeznaczenie nas tu zesłało... – Chciałem dodać jeszcze jakiś inny mądry tekst, ale mi przerwała.
- Jesteś banalny. Czuję się trochę zawiedziona. To chyba będzie nasza ostatnia randka.
- To nie marnujmy czasu i chodźmy do mnie. – Zapomniałem dodać, że żartowałem.
- Dobrze, ale posłuchajmy jeszcze trochę muzyki. – Trochę mnie zagięła, ale nie na tyle, żebym zapomniał języka w przysłowiowej gębie.
- Mam w domu tę płytę, i jeszcze wiele innych. A także kolekcję żuków afrykańskich. – To plagiat, nie wymyśliłem tego. Tak mówił mój przyjaciel, który mieszkał w Nigerii, ale tak dawno, że był jeszcze wtedy za mały na zbieranie żuków. Może zbierał wtedy znaczki, może kapsle.
- Nie lubię owadów, ale chętnie posłucham twoich płyt. – Co za frazesy, powoli odchodziła mi ochota na zabieranie jej gdziekolwiek. O nie, i jeszcze przybłąkały się A i B. Już mnie zauważyły. Chyba nie podejdą, raczej będą patrzeć z wyższością. Nie potraktowałem ich ostatnio zbyt dobrze, zresztą czy na to zasługiwały?
Z zamyślenia wyrwało mnie pytanie.
- Idziemy? Mógłbyś się chociaż nie gapić tak ostentacyjnie. – Miała rację.
- To znajome, nikt ważny.
- Jutro będziesz tak mówił o mnie? Następnej ofierze? - Hello! To ja tu mam być śmieszny!
- Może... Chodźmy już, skoro nalegasz. – Wziąłem ją pod rękę, nie protestowała, była też wyższa niż myślałem.
Wyszliśmy na ulicę. Spacerowaliśmy w milczeniu, chyba obydwoje myśleliśmy jak wyjść z tej kłopotliwej sytuacji. Może tylko dla mnie była ona kłopotliwa, może Kasandra świetnie się bawiła? Wejdziemy do mnie, już będę witał się z gąską, a ona zacznie się śmiać i poniży mnie w moim własnym domu. Muszę myśleć pozytywnie, muszę myśleć pozytywnie, muszę myśleć pozytywnie.
- Lubisz jazz? – Spytała nagle. – Ja bardzo, ale tylko czasami, jak się upijam, albo jak piszę na maszynie.
- Uwielbiam. Zawsze, ale upijanie się i pisanie, to rzeczywiście dobrze idzie przy dżezie. Serio, nie mówię tego żeby się podlizać.
- Dobrze. Nie znam się zupełnie na muzyce, lubię coś po prostu albo nie, umiem coś niecoś zagrać, ale dziś chcę się upić i posłuchać.
- Już zaraz będziemy na miejscu.
- Nie, chodźmy do mnie, nie mam nastroju na obce miejsca.
O rany Julek, przecież ona już teraz była wstawiona, wcześniej tego nie zauważyłem. Ślepy jak but. Cholera, co ja robię? Może to jakaś wampirzyca i chce mnie zgwałcić i wypić moja krew. Przynajmniej się upije, jak będzie piła. Chociaż może wampiry się nie upijają? To chyba byłem człowiekiem, bo moje myśli były ewidentnie pijane.
15. maja 2001